Please select a page for the Contact Slideout in Theme Options > Header Options

„Wsparcie dzieci po rozwodzie” – Krystyna Łukasik

„Wsparcie dzieci po rozwodzie” – Krystyna Łukasik
7 listopada 2019 Redakcja DZIECI

„Spokój moich dzieci jest najważniejszy” – usłyszałam zaraz po tym, jak został mi zrelacjonowany przebieg poranka w domu małżeństwa, w którym rozwód wisi w powietrzu. Pomyślałam wtedy: „A co, jeśli ten spokój dzieci osiągną dopiero, gdy nadejdzie to, przed czym jeszcze się bronicie?”.
Rozwód czy też rozpad relacji pomiędzy partnerami to niewątpliwie bardzo trudne wydarzenie w życiu całej rodziny. Nieważne, czy jest związana sakramentalnym „tak”, czy „tylko ze sobą mieszka”. W obu tych sytuacjach najtrudniejsze jest podjęcie decyzji o rozstaniu oraz wykonanie pierwszych kroków.
Zazwyczaj do takiej decyzji dojrzewa się długo – jest przepuszczona przez wszystkie „za” i „przeciw”. Bo nawet jeśli dorośli dosyć szybko dochodzą do stwierdzenia: „ten związek już mi szczęścia w życiu nie daje”, zatrzymują się przy drzwiach, w których stoją dzieci. Słysząc z każdej strony, jak ważna jest rodzina, jakich wartości uczy, ile wnosi i kształtuje w osobowości małego człowieka, wierzą i trwają w przekonaniu, że dziecku, by było szczęśliwe, wystarczy rodzina – pełna rodzina. Otóż nie! Dziecku do szczęścia potrzebne jest zaspokojenie jego podstawowych potrzeb – tylko tyle i aż tyle. Jeśli te potrzeby nie są zaspokajane, dziecko nie będzie szczęśliwe nawet w pełnej rodzinie. Jeśli zaś wszystkie te potrzeby zdoła zaspokoić samotna matka, samotny ojciec, babcia czy choćby instytucja społeczna – dziecko będzie szczęśliwe.
Ale zacznijmy od początku. Pierwszą, podstawową potrzebą w życiu dziecka jest potrzeba bezpieczeństwa. Jeśli ktoś mówi, że rozwód zaburza potrzebę bezpieczeństwa u dziecka, że w niepełnej rodzinie dziecko będzie źle funkcjonować, pojawią się problemy wychowawcze i edukacyjne, to należałoby zapytać, czy jego zdaniem uczestnictwo dziecka w scenach kłótni rodziców, agresji słownej i wulgaryzmów, wybuchach złości, awanturach tego poczucia bezpieczeństwa nie zaburza? Czy alkoholizm rodzica, wracającego w nocy, dopuszczającego się rękoczynów nie zaburza poczucia bezpieczeństwa swoich dzieci? Czy rodzic gardzący drugim rodzicem, nieczuły i toksyczny dla partnera oraz dzieci, stosujący przemoc psychiczną i emocjonalną, tego bezpieczeństwa nie zaburza? Oczywiście, pytania się retoryczne. Odpowiedzi nie budzą wątpliwości. Tak naprawdę nie ma tu prostych rozwiązań – mówimy jedynie o mniejszym dla dziecka złu. Ponieważ toksyczny rodzic szkodzi bardziej niż rozwód, bo długofalowo. Rozwód zacznie się i skończy. Zostaną podjęte decyzje, ustalone obowiązki względem dzieci. Sytuacja stanie się klarowna. Mama i tato już razem nie mieszkają. W domu panuje spokój, nikt nie trzaska drzwiami, nie krzyczy, nie bije, nie wyzywa, nie wszczyna kłótni. To prawda, że dzieci przestają funkcjonować w pełnej rodzinie, ale kończy się życie w ciągłym lęku i napięciu, czy dziś będzie spokój, czy też awantura. Miejsce drugiego rodzica często zajmuje babcia, dziadek lub nowy partner. Czy dziecko w konsekwencji rozstania rodziców traci poczucie bezpieczeństwa czy raczej je zyskuje? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, być może najpierw traci, by potem je odzyskać. Mam jednak przekonanie, że odkrywa na pewno coś bardzo cennego – mianowicie przekonanie o tym, że jeśli w życiu jest nam źle, należy dążyć do poprawy, walczyć o siebie, o swoje szczęście, o spokój swój i swoich najbliższych. Pokazuje, że nie musimy w imię ideałów, czyli ochrony instytucji małżeństwa, godzić się na ból i upokorzenie. Pokazuje, że trwanie w przemocowym, toksycznym związku, tłumacząc się dobrem dzieci, to nie heroizm, a głupota. Musicie bowiem pamiętać Drodzy Rodzice, że dzieci uczą się przez naśladownictwo, że chłoną to, co reprezentują bliskie im osoby, że przejmują cechy i zachowania osób, z którymi się utożsamiają. W myśl znanej zasady, że „Przemoc rodzi przemoc” dziecko, które jej stale doświadcza, uważa ją za normę, przestaje widzieć w niej coś złego, co należy eliminować. Ile razy zdarzyło się wam słyszeć podobne słowa: „Ja od ojca nieraz pasem dostałem, że nie mogłem siedzieć i jakoś wyrosłem na porządnego człowieka”. Dziecko, które wzrasta w pełnym podejrzeń, upokorzeń, kłótni i awantur domu, sądzi, że tak powinno być lub że tak może wyglądać związek, a nawet małżeństwo. Podświadomie wchodzi w relacje z osobami, które będą pasowały do utrwalonego schematu związku, nie zna bowiem innych relacji, nie miało okazji ich doświadczać na własnej skórze, przyjrzeć się im i z nich czerpać. Rozejście się rodziców często jest wybawieniem nie tylko dla dorosłych, ale przede wszystkim dla ich dzieci. Ponadto, należy wspomnieć o jednej istotnej kwestii, którą nazbyt często zdarza się obserwować. Rodzice nieumiejący podjąć ostatecznej decyzji o rozstaniu z partnerem tkwią w toksycznych związkach, trzymając w ręku tarczę z napisem „Dla dobra dzieci”. I dla tego dobra fundują swoim dzieciom strach, lęk, awantury, ciche dni, udawanie, że wczoraj nic się nie wydarzyło, milczenie zamiast rozmowy o problemach, które zamiatane są pod przysłowiowy dywan. Dla dobra dzieci nieświadomie pokazują im, że należy poświęcać siebie, swój honor i godność, swoje szczęście i życie w przemocowym związku, bo z tej relacji są przecież dzieci, a wszyscy wokół mówią, że dzieci potrzebują pełnej rodziny. W ten sposób nakładają na dziecięce barki niewyobrażalny ciężar. Nawet nie przypuszczają, jak to wpływa na psychikę dziecka i na jego późniejsze decyzje. Nie wolno obciążać dzieci decyzją, która należy do dorosłych. Nie wolno obciążać dzieci bagażem decyzji o tym, czy związek ma nadal trwać czy nie, bo to jest zadanie dorosłych. Nie wolno ich obarczać odpowiedzialnością, którą musi ponieść dorosły. Naszą rolą jest wspierać dziecko, dostrzegać je, sprawiać, by się uśmiechało, by miało swoje dziecięce problemy do rozwiązania.
Piszę z pozycji nauczyciela, któremu nie wolno oceniać rozbitej rodziny dziecka, jego rodziców. Naszym głównym zadaniem nie jest ocena, ale wsparcie w życiowych kompetencjach małymi krokami. Ot, kreda się skończyła. Niech dziecko działa. Niech poczuje, że potrafi rozwiązać problem. Niech pomoże słabszemu koledze w lekcjach, niech poczuje się ważne. W schronisku brakuje karmy, może rozgłosi w szkole zbiórkę. Niech działa. Niech nie myśli o tym, co się wydarzyło wczoraj w domu. Niech nie siedzi smutne. Zauważcie to dziecko. Tę dziewczynkę, która obgryza paznokcie, bawi się w kąciku lalek w kłótnię. Krzyczy jak mama. Może uszyjecie z nią misia, takiego ze szmatek. Nigdy nie miała jeszcze w ręku igły, ale będzie frajda. Gdy będzie już dorosła, wspomni tę chwilę z pewnością. Warto zauważyć tego chłopca, który patrzy ślepo w okno, a tu klocki do posegregowania, być może przy wspólnym sprzątaniu będzie okazja do rozmowy? Najlepiej, jeśli zrobi to razem z Maćkiem, który ma zawsze dobre pomysły. Nam, wychowawcom, nauczycielom nie wolno oceniać, ale trzeba dostrzec dziecko, które często jest zagubione w sytuacji konfliktu rodziców, przytulić do serca, jeśli trzeba wysłuchać. Trzeba zająć je działaniem, podnosić jego poczucie własnej wartości i sprawstwa, wspierać poczucie bycia ważnym, docenianym i widzianym. Być może to nasza postawa sprawi, że dziecko będzie radosne, że z uśmiechem będzie wstawać rano i zbierać się do wyjścia. Możemy pomóc mu w przetrwaniu trudnego dla niego okresu i sprawić, że nie odczuje boleśnie konsekwencji rozstania. Większość dnia spędza przecież w przedszkolu czy szkole. Bądźmy mu bliscy. Nie wolno nam obstawać przy jednym z rodziców – najlepiej, jeśli rodzice poszukają wsparcia gdzie indziej, my dajmy je dziecku. Dla rodziców są odpowiednie instytucje, terapie, mediacje. My jesteśmy przede wszystkim dla dziecka.